🚚 Free Worldwide Shipping on All Orders!Shop Now
HomeSklep

Mięśnie mam od miłości

Product image 1

Mięśnie mam od miłości

Macierzyństwo bywa przedstawiane jako spełnienie. Paulina Małochleb pokazuje je jako pole nieustannej pracy, kontroli i społecznych oczekiwań wobec kobiecego ciała i emocji. „Mięśnie mam od miłości” to mocny, feministyczny esej o niewidzialnej pracy opiekuńczej, wstydzie jako narzędziu dyscypliny i o miłości, która mimo wszystko potrafi przetrwać w szczelinach codzienności.

To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.

To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.

Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.

Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.

Paulina Małochleb otwiera egzystencję macierzyńskim kluczem. Szturcha mnie ta opowieść, trudno ją zapomnieć. Dźwiga ją język, muskularny i migotliwy, do podziwu.
Zyta Rudzka

Macierzyństwo bywa przedstawiane jako spełnienie. Paulina Małochleb pokazuje je jako pole nieustannej pracy, kontroli i społecznych oczekiwań wobec kobiecego ciała i emocji. „Mięśnie mam od miłości” to mocny, feministyczny esej o niewidzialnej pracy opiekuńczej, wstydzie jako narzędziu dyscypliny i o miłości, która mimo wszystko potrafi przetrwać w szczelinach codzienności.

To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.

To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.

Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.

Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.

Paulina Małochleb otwiera egzystencję macierzyńskim kluczem. Szturcha mnie ta opowieść, trudno ją zapomnieć. Dźwiga ją język, muskularny i migotliwy, do podziwu.
Zyta Rudzka

$3.86

Oryginalna: $11.03

-65%
Mięśnie mam od miłości

$11.03

$3.86

Description

Macierzyństwo bywa przedstawiane jako spełnienie. Paulina Małochleb pokazuje je jako pole nieustannej pracy, kontroli i społecznych oczekiwań wobec kobiecego ciała i emocji. „Mięśnie mam od miłości” to mocny, feministyczny esej o niewidzialnej pracy opiekuńczej, wstydzie jako narzędziu dyscypliny i o miłości, która mimo wszystko potrafi przetrwać w szczelinach codzienności.

To nie jest książka o macierzyństwie rozumianym jako doświadczenie prywatne ani o rodzinie pojmowanej jako bezpieczna enklawa. To książka o wstydzie będącym narzędziem kontroli oraz o pracy, która nie ma nazwy, choć podtrzymuje całe życie społeczne.

To także opowieść o rodzinie pozostawionej samej sobie przez państwo, za to doskonale obsługiwanej przez rynek. O ciele – rodzącym, karmiącym, zmęczonym, pozbawionym wzniosłości, za to uwikłanym w codzienną przemoc norm, estetyk i oczekiwań.

Autorka opisuje macierzyństwo jako nieustanny występ – rozgrywający się w przychodniach, szkołach, na ulicy i w domach – podczas którego kobiety mają być jednocześnie czułe i wymagające, kompetentne i bez roszczeń, obecne, ale niewidzialne. Pokazuje, jak instytucje, język i obyczaj uczą je zarządzać emocjami, tłumić gniew i wstyd, żeby system mógł działać bez zakłóceń.

Ostatecznie jednak Paulina Małochleb opowiada przede wszystkim o miłości – uczuciu, które przesłaniają grube warstwy zmęczenia i dla którego brakuje języka. Żeby się do niego dobrać, trzeba szukać w literaturze, w sztuce, we własnych wspomnieniach – aż napotka się małą spoconą dłoń. Dotyk, który zakotwicza.

Paulina Małochleb otwiera egzystencję macierzyńskim kluczem. Szturcha mnie ta opowieść, trudno ją zapomnieć. Dźwiga ją język, muskularny i migotliwy, do podziwu.
Zyta Rudzka